Ledwie wydukałam: „Herbata” i od razu usłyszałam: „Skoro tak, to za dwa tygodnie wylatujesz... Kierunek Sri Lanka, czyli Cejlon. Obejrzysz plantacje, produkcję. Przy okazji mam prywatną prośbę – zbadaj, jak jest naprawdę z tea bags. Wciąż kłócimy się o nie w domu – ja kupuję, bo wygodne, mąż wścieka się, że go truję, bo na pewno pakują do nich zmiotki!” I wyleciałam.
Po kilkudziesięciu godzinach podróży, najpierw samolotem do Colombo, potem busem po górskich serpentynach, docieram w rejony Nuwara Eliya. Od razu częstują mnie herbatą. Krzywię się w duchu – ma jasny kolor, pewnie straszna słabizna, a ja lubię porządnie zaparzony napar w kolorze kasztana. Pierwszy zapach, pierwszy łyk – nigdy nie czułam takiego smaku. Nie wyczuwam garbników, a jednak herbata jest mocna. Po chwili moje tętno staje się równomierne, zerkam w lustro, na bladych policzkach wykwita róż. Ktoś miejscowy tłumaczy, że piję napar z listków zebranych zaledwie przed paroma dniami. Niebawem, w probierni, tutejszy guru Merrill J. Fernando wytłumaczy mi, jak ważny jest „młody wiek” herbaty. Błędem jest traktowanie jej jak wina, które nabiera smaku wraz z wiekiem. Po dwóch filiżankach tego nektaru bogów, sama czuję się jak bogini.
Jestem na masażu. Śliczna Cejlonka, bo tu kobiety są niezwykłej urody, rozprowadza po mojej skórze olejek herbaciany. Masuje też delikatnie stopy, na końcu skórę głowy, naciska znane sobie punkty. Po godzinie zapominam o męczącej podróży. W międzyczasie rozmawiamy o herbacie. Dziewczyna ma do niej niemal nabożny stosunek: „Nasza herbata z gór należy do najbardziej szlachetnych, nie wysusza gardła, jest nasycona słońcem i cudownym powietrzem okolicznych wzgórz, zapachem licznych wodospadów z krystaliczną wodą. Herbata jest jak kobieta, potrzebuje delikatności i zrozumienia – dlatego zbieraczkami są tylko kobiety”. Za parę dni rozwinie tę myśl Merrill J. Fernando: „Rozpieszczana w dobrych warunkach oddaje wszystkie swoje skarby – moc energii, ale i spokoju. Rozjaśnia umysł, poprawia nastrój. Leczy”.
Sam Merrill J. Fernando jest najlepszym przykładem uzdrawiającej siły herbaty. Twierdzi, że od dziecka pił herbaciany eliksir życia i chociaż jest już dziadkiem, to wciąż przykuwa uwagę płci pięknej. On zwrócił na mnie uwagę jeden raz. Bynajmniej nie wtedy, gdy założyłam swoją najładniejszą sukienkę z dekoltem. W jego fabryce w Colombo miałam szansę zabawić się w kipera. W małych porcelanowych miseczkach był napar z kilkudziesięciu gatunków. Zdecydowanie wybrałam jedną. Bingo. Herbata koneserów, jedna z najdroższych. Merrill poklepał mnie po plecach. Powiedział tylko: „Super, Anna!”, a ja poczułam się dumna, jakbym usłyszała najbardziej wyrafinowany komplement.
Duma dumą, ale szefowa zmyje mi głowę, jeśli nie sprawdzę tych torebek. Niczym Columbo obserwuję fabryczną podłogę. Nigdzie ani śladu śmieci. Ha, wreszcie znajduję kupkę rozsypanego suszu i pracownika w błękitnym kombinezonie zgarniającego ten pył na szuflę. „Mam cię”, myślę, i nie odstępuję go już na krok. A on kluczy długimi korytarzami. Wychodzimy na zewnątrz, chłopak przyspiesza kroku, już prawie biegnę za nim. Nagle się zatrzymał i... posypał bujnie rosnącą obok budynku palmę. Mężczyzna tłumaczy mi: „Herbata jest dobra dla zieleni”. Ja również w swoim warszawskim mieszkaniu od czasu do czasu podlewam rośliny resztkami herbaty. Kiedy chorują, stosuję 10. minutowy napar, który działa bakteriobójczo. Taką kurację, wprawdzie stosowaną na stany zapalne u człowieka lub istot czworonożnych, polecała mi masażystka z cejlońskich gór. Sprawdziłam. Działa.
Po powrocie ze Sri Lanki, ja raczkująca dotychczas herbaciara, stałam się fanką ortodoksyjną: w kuchni przeznaczyłam dla herbaty oddzielną szafkę, bo ona nie znosi towarzystwa; wyrobiłam sobie bicepsy targając wodę ze źródła; kupuję tylko herbatę pakowaną na plantacji; prawie pokochałam niewielkiej urody adoratora tylko dlatego, że dwa razy w roku bywa na Cejlonie. Jestem też miła dla szefowej – a nuż kiedyś zapyta: „Aniu, kawę czy herbatę?”. Żeby wypić cup of tea?w hoteliku na wzgórzach Nuwara Eliya, gotowa jestem podróżować nawet 36 godzin. Choćby jutro.









